Gdy otworzyłam oczy od razu spojrzałam na zegarek. Wskazywał kilkanaście minut po dwunastej. Nie ma co! Dzisiaj długo pospałam. Zwlekłam się z łóżka i poczłapałam do szafy. Wyciągnęłam letnią sukienkę na ramiączkach w kwiatki, a do tego białe vansy. Włosy tylko rozczesałam. Gdy byłam już gotowa zeszłam na śniadanie. Zrobiłam sobie kanapkę z dżemem, oraz kakao. W kuchni siedział też tata pijąc herbatę.
- Wybierasz się gdzieś? - zagadnął.
- Ano - wyszczerzyłam się. - Wychodzę z kolegami.
Odstawił kubek, który właśnie przyłożył do ust, na stół. Spojrzał na mnie z niekrytym zdziwieniem.
- Kolegami? To ilu ich jest?
- Pięciu. Niall, Louis, Harry, Liam i Zayn.
Zamyślił się.
- Nie, nic mi to nie mówi.
Odstawiłam pusty kubek po kakao na kredens.
- Tato! Serio? One Direction! Znany zespół! No halo!
- Nie. Przepraszam, córciu, muszę już iść do pracy. - Na pożegnanie pocałował mnie w czoło. - Potrzebujesz jakichś pieniędzy?
- Mógłbyś rzucić.
Położył na stole dziesięć funtów i wyszedł. Mamy już chyba nie było. Dokończyłam jeść kanapkę i ruszyłam umyć zęby. Po wykonanej czynności zbiegłam szybko na dół. Wzięłam klucz i wyszłam z domu, zamknąwszy go. Pobiegłam szybko na przystanek. Po pięciu minutach nadjechał miejski autobus i ruszyłam w stronę galerii. Zajęłam miejsce na końcu autobusu obok chłopaków z mojej szkoły. Widząc mnie przywitali się. Niestety już po niecałej minucie stwierdziłam, że siadanie z nimi nie było dobrym pomysłem. Musiałam wytrzymać. Inne jedyne wolne miejsce było obok drzemiącego, śliniącego się faceta. Wzdrygnęłam się. Gdy autobus gwałtownie zahamował na przystanku kilka metrów od galerii, zerwałam się z miejsca i żegnając z chłopakami pobiegłam do wyjścia.
Szybkim krokiem zmierzałam w kierunku dobrze znanej mi kawiarni na rogu. Odrzuciłam włosy za plecy i weszłam do środka. Od razu w moje nozdrza uderzył zapach jagód i pysznej szarlotki. Rozejrzałam się wokół. Gdy w rogu pomieszczenia dostrzegłam pięć znajomych sylwetek serce zabiło mi mocniej. Nabrałam powietrza w płuca i trzęsąc się ze strachu podeszłam do ich stolika.
- Hej! - przywitałam się zajmując miejsce na skórzanym narożniku obok Louis'a i Harry'ego, który ponownie obrzucił mnie zimnym spojrzeniem. - Spóźniłam się? - zapytałam gdy nie doczekałam się odpowiedzi na moje przywitanie.
- Nie - roześmiał się Louis i zawołał kelnerkę. - Kawałek szarlotki dla niej, proszę - powiedział i znowu przeniósł swoje urocze spojrzenie na mnie. - Masz jeszcze dwie minuty.
Uśmiechnęłam się niepewnie i spojrzałam z radością w oczach na Harry'ego. Gdy nie odwzajemnił mojego spojrzenia, lekko speszona ruszyłam do lady, by zamówić jakiś napój i odebrać kawałek ciasta. Gdy z koktajlem bananowym i szarlotką wracałam do stolika dostrzegłam, że wszyscy poza Harry'm dziwnie mi się przyglądają.
- No co? Ubrudziłam się? - postawiłam rzeczy trzymane w dłoniach na stole i zaczęłam oglądać swoją sukienkę jednocześnie dotykając twarzy, czy aby się nie lepi.
- Nie - mruknął Zayn. - Ale Niall'a. nie nas, Niall'a, ciekawi dlaczego chciałabyś się z każdym z nas spotkać z osobna. Masz ochotę z każdym z nas kręcić, by potem pokazać jakimi frajerami byliśmy ufając ci?
Niall zacisnął dłonie w pięści.
- Zamknij się, Malik! - warknął. - Nie bredź!
Poczułam na sobie lodowate spojrzenie Harry'ego.
- Przestań. Przecież widzisz, że ona chce cię tylko wykorzystać - prychnął.
- Hallo! Ja tu jestem! - wrzasnęłam patrząc się ze złością na Liam'a, który z niewinną miną dłubał widelcem w szarlotce. - Liam! Louis! A wy co?! O co tu chodzi, co?! Niall, mógłbyś mi to wytłumaczyć?
Niall nerwowo podrapał się w tył głowy, jednak uparcie milczał. Niespodziewanie odezwał się Liam:
- Droga Sophie... Sophie, tak? - gdy kiwnęłam głową kontynuował - Czy ty uważasz, że jesteśmy aż tak głupi, żeby nie dostrzec twoich zamiarów?
Ludzie dziwnie na nas spoglądając zaczęli wychodzić. Czułam jak moja twarz zmienia kolor z różu na fioletowy, z fioletowego na czerwony.
- Zadajecie mi pytania, a nawet nie pozwalacie odpowiedzieć - zauważyłam, gdy usta Zayn'a już zaczęły się otwierać. - Nigdy nie pomyślałabym, że jesteście głupi. Bo nie jesteście. Wasze piosenki przemawiają do ludzi i są naprawdę... mądre - westchnęłam ciężko. - A poza tym nie należę do dziewczyn, które wykorzystują chłopaków. Chciałam po prostu się z wami zaprzyjaźnić. Tak naprawdę nigdy nie miałam prawdziwego chłopaka i nie byłabym w stanie żadnego wykorzystać. Z waszego zespołu już ktoś wpadł mi w oko i na razie będę się starała tego trzymać. A tak w ogóle to dziękuję Louis'owi za to, że jako jedyny mnie dzisiaj nie oczernia.
Wstałam i odeszłam od stołu. Zapłaciłam za swój napój i ruszyłam do drzwi.
- Sophie, czekaj! - usłyszałam głos Louis'a. - Oni cię przeproszą - powiedział, gdy się odwróciłam.
Przez cztery-pięć sekund stałam patrząc na nich wyczekująco. Milczeli. Wszyscy. Nawet Niall! Zacisnęłam wargi w wąską linię, odwróciłam się na pięcie i wybiegłam z kawiarni. Jeszcze wczoraj wieczorem przewidywałam, że w kawiarni spędzę przynajmniej pół godziny, bo wtedy od razu spokojnie mogłabym iść na autobus. A tak będę się musiała włóczyć po Londynie, albo iść do domu na pieszo, gdyż jak zauważyłam taksówki nie jeździły dzisiaj po ulicach. Wybrałam oczywiście drugą opcję, bo półgodzinne czekanie na przystanku byłoby zupełnie bezsensowne.
Droga powrotna zajęła mi ponad kwadrans. Będąc w domu od razu ruszyłam odgrzać kawałek pizzy z wczorajszego obiadu. Mama jeszcze nie wróciła z pracy, więc i w lodówce nie było niczego, co bym mogła zjeść na obiad. Gdy już się najadłam pobiegłam na górę do swojego pokoju. Otworzyłam okno, usiadłam na parapecie i odpaliłam papierosa. Mięta. Zaciągnęłam się porządnie i oparłam głowę o framugę. Chociaż tak cholernie tego nie chciałam to już po chwili poczułam spływające po policzkach łzy. Czy to możliwe, żebym przez te kilka dni zakochała się w Horanie? Naprawdę zabolało mnie jego milczenie. Cieszyłam się z zachowania Louis'a, ale nie oznaczało to, że teraz nagle on zacznie mi się podobać, bo wtedy stwierdzenie chłopaków mogłoby się okazać prawdziwe. No, ale przecież ja nie wykorzystuję ludzi! Ani chłopaków, ani dziewczyn! Skąd ta myśl?! Jeszcze zaledwie wczoraj pisaliśmy wspólnie z Niall'em piosenkę. Co mu się tak nagle odmieniło?
Zakaszlałam uderzając się otwartą dłonią w klatkę piersiową. Paliłam od około trzech lat i ,,swędzenie" płuc zdarzało mi się często. Tamara oczywiście twierdzi, że tak nie powinno się dziać i mam natychmiast przestać palić. Ale im bliżej do śmierci tym lepiej.
Zgasiłam peta i wyrzuciłam go. Sięgnęłam na biurko po czystą białą kartkę i ołówek. Zaczęłam szkicować. Tego potężnego orzecha, który sięgał do mojego okna i kawałek ogrodu. Nasz ogród był duży, ale taki pusty. Dorysowałam na kartce ławkę obok drzewa, kwiaty i skalniak.
Nagle ktoś zapukał do drzwi i do pokoju weszła mama. W dłoni trzymała nowy numer mojego ulubionego miesięcznika, jogurt malinowy i paluszki o smaku bekonowym.
- Wróciłaś już - uśmiechnęłam się szeroko. - Co tak długo?
- Szef chciał pogadać - wyszczerzyła się. Czyli dostała podwyżkę. - Masz tu na przekąskę. A i gazetę ci kupiłam! - rzuciła na łóżko jedzenie i gazetę. - Ej! I złaź mi z tego parapetu, bo zaraz wylecisz przez okno! I co będzie?!
Miała dobry humor. Uwielbiałam gdy taka była. Zeszłam posłusznie z parapetu, zamknęłam okno i usiadłam na łóżku. Otworzyłam paczkę paluszków i ze smakiem zaczęłam je chrupać jeden za drugim, z zainteresowaniem czytając czasopismo. Nic o One Direction. Znowu nic. Jedynie plakat Harry'ego i Louis'a. I krótko wspomnieli o ich najnowszym utworze LWWY. Mój telefon wydał znajomy dźwięk oznaczający, że otrzymałam sms'a. Spojrzałam na ekran i od razu rzuciłam telefonem o ziemię. Łzy zebrały mi się pod powiekami. Minęło kilka minut i tym razem Niall zaczął wydzwaniać. Za siódmym razem wzięłam telefon, odebrałam i położyłam na łóżku.
- Sophie? - usłyszałam jego zachrypnięty głos i po policzkach pociekły wielkie jak groch łzy. - Jeżeli mnie słuchasz, powiedz coś.
- Słucham - wychrypiałam.
Westchnął.
- To chore, żebyś musiała przeze mnie ryczeć! Powiedziałem to... powiedziałem, ale nie na serio! To była tylko taka głupia myśl! Nie sądziłem, że Zayn wygada! Sophie, przepraszam cię! Ja wcale tak nie myślę!
Kłamca. Rozłączyłam się i wyłączyłam telefon.
~ * ~
Następnego dnia po południu będąc na zakupach z mamą przed oczami mignęła mi postać Niall'a. Na początku byłam zupełnie przekonana, że tylko mi się zdawało, ale potem zobaczyłam go jeszcze dwa razy. Na szczęście mnie nie zauważył.
Odłożyłam na wieszak śliczny żółty sweter z wielką, kolorową sową. Był za drogi. Kosztował sześćdziesiąt pięć funtów, a ja miałam przy sobie tylko sto. A i tak musiałam kupić jeszcze buty.
- A to? - zapytała rodzicielka trzymając w dłoniach podobny sweter. Różnił się jedynie tym, że był koloru fiołkowego, a na środku znajdowała się tęczowa owieczka. No i cena była inna. Ten sweter kosztował jedyne trzydzieści funtów. - Bierzesz?
- Przymierzę najpierw.
Po przymiarce stwierdziłam, że dobrze w nim wyglądam. Pozostawał tylko problem z butami. Gdy zakupiłam sweter, zmierzyłyśmy z mamą w stronę butików. Były tam chyba trzy. W jednym z nich stały buty, w których zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Czarne botki koturny wiązane. Za osiemdziesiąt funtów.
- Mamo... - zapiszczałam. - Dołożysz mi?
Gdy mama wyjmowała z torebki pieniądze ja rozglądałam się po pomieszczeniu, w którym stałyśmy. I właśnie wtedy w dziale z butami dla mężczyzn dostrzegłam przymierzającego czarne buty firmy Adidas, blondyna. Gdy podniósł głowę szybko się odwróciłam, żeby mnie nie dostrzegł. Niestety było już za późno. Kątem oka widziałam jak idzie w moim kierunku.
- Masz - mama dała mi pieniądze. - Znasz go? - spytała szeptem dyskretnie wskazując na Niall'a.
Wzięłam pieniądze i odeszłam. Wzięłam buty z półki i usiadłam na pufie, żeby je przymierzyć. Horan usiadł obok mnie.
- Ładne - stwierdził.
- Czyli brzydkie - westchnęłam i zsunęłam z nogi założonego buta. - Nie kupię ich.
- Oszalałaś! - wykrzyknął Niall. - Bo powiedziałem, że są ładne?
Mimowolnie uśmiechnęłam się.
- Żartuję. Takiej okazji, bym nie przepuściła. - Uśmiech nagle mi zdrzedł. - Czego chcesz?
- Pogadać.
- Tak się składa, że nie mam czasu - ruszyłam do kasy i zapłaciłam na moje nowe cudeńka.
Wyszliśmy razem ze sklepu. Mama gdzieś zniknęła.
- Tak się składa, że ja też nie. Chciałbym cię zaprosić na imprezę, którą organizuję - podał mi wizytówkę.
- I twierdzisz, że przyjdę po tym jak mnie upokorzyłeś? - prychnęłam wychodząc ze sklepu.
Dogonił mnie szybko i złapał za łokieć.
- No proszę! Przyjdź! Przyprowadź Tamarę!
- Nie ma jej - fuknęłam.
- Więc przyjdź sama. Louis będzie. Z tego co pamiętam tylko na niego się nie obraziłaś. Przyjdź. Przynajmniej dla niego, chociaż na chwilę...
Westchnęłam zamykając na moment oczy. Nagle wydały mi się strasznie ciężkie.
- Może wpadnę - mruknęłam. - Ale teraz muszę już iść - rzuciłam widząc mamę przy wyjściu z centrum.
- Do zobaczenia, Sophie!
Gdy pojawiłam się obok mamy, ta uważnie zmierzyła mnie od stóp do głów zatroskanym spojrzeniem. Objęła mnie ramieniem bez słowa i wyszłyśmy. Wsiadłam do samochodu, zapięłam pas i wpatrywałam się w ruchome drzwi centrum handlowego. Gdy samochód ruszył z parkingu drzwi się otworzyły i wyszedł jakiś chłopak. Poczułam okropny skurcz żołądka, gdy okazało się, że to nie Nialler.
~ * ~
Za oknem wiał wiatr i aż się czuło nadchodzącą jesień. Co prawda było jeszcze zielono, ale bywały dni, kiedy ubierałam kurtkę i szal. Teraz termometr za oknem wskazywał piętnaście stopni Celsjusza. Bywało gorzej, pomyślałam.
Wciągnęłam na nogi obcisłe, jeansowe rurki, a jako bluzkę wybrałam lużną i zwiewną niebieską bluzkę z flagą Wielkiej Brytanii. Niedługie włosy upięłam w wygodnego kłosa na bok. Wiedziałam, że nie jest to zbyt odpowiednia stylizacja na imprezę, ale wcale nie zamierzałam tam tańcować na stole, w przeciwieństwie do niektórych dziewczyn. Żeby się mnie ktoś nie przyczepił zrobiłam mocniejszy makijaż niż zazwyczaj, a buty z wygodnych trampek zamieniłam na śliczne i, niestety, mniej wygodne koturny. Na ramiona narzuciłam cieniutką skórzaną kurtkę i byłam gotowa. Wyszłam z domu. Jakiś czas temu dzwoniłam do Louis'a, żeby do mnie zadzwonił jeżeli by mógł. Szatyn zgodził się i teraz czekałam na niego opierając się o bramę.
Przyjechał po kilku minutach. Wsiadłam do jego samochodu, a on mój wygląd skwitował cichym gwizdnięciem.
- Przestań - bąknęłam cicho. - Nie mam nastroju.
- Widzę - odparł. - I wcale ci się nie dziwię. Ja na twoim miejscu nie jechałbym na tą imprezę. No, ale... jak tam wolisz - uśmiechnął się krzywo.
Dojechaliśmy na miejsce. Lou obszedł samochód, by otworzyć mi drzwi. Podał mi swoją prawą dłoń i pomógł wysiąść. W żołądku zrobiło mi się tak jakoś miło i ciepło. Ruszyliśmy do drzwi. Otworzył nam Greg. Wymienił oczywiście pare zdań z Louis'em, a potem przeszliśmy z przedpokoju do salonu.
- Chcesz coś do picia? - zaytał mnie szatyn. - Piwa, soku, wódki, kawy, wina?
- Hm... ale wybór! - roześmiałam się śmiało pokazując zęby. Zauważyłam, że od kilku dniu tylko przy Louis'ie się tak śmieję. - Piwa z sokiem.
- Oczywiście - puścił mi oczko i zniknął w kuchni.
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Zielone ściany, brązowe lśniące meble, jasna panelowa podłoga, drogi szklany żyrandol... Widać, że to dom Horanów. Jedynie wolny okazał się skórzany fotel w rogu pokoju. Może był wolny właśnie dlatego, że mógł pomieścić tylko jedną osobę? Gdzie nie spojrzałam widziałam pary przyjaciół, znajomych, lub zakochanych. Nikt nie był sam. Nikt nie milczał, tak ja teraz.
Do salonu wszedł Louis i zaczął mnie szukać wzrokiem. Gdy wreszcie mnie dostrzegł wyszczeszył się szeroko i podszedł do mnie. Podał mi szklankę z piwem. W jego drugiej dłoni widniał niebiesko-fioletowo-różowo-zielony drink. Opróżnił szklaneczkę jednym chaustem.
- Niall cię szuka - powiedział. - Jest w kuchni. Wyjdź z salonu i na lewo masz drzwi.
- Wiem gdzie jest kuchnia - mruknęłam krzywiąc się.
Wstałam i ruszyłam do danego pomieszczenia. Znajdowało się w nim chyba pięć osób. W tym Niall. Gdy mnie ujrzał, wesoło zamachał. Siedział na blacie i palił skręta.
- Chcesz bucha? - zapytał podsuwając mi go pod nos.
- Nie dzięki. Wolę słabe. Miętowe lub limonkowe - odpowiedziałam obojętnie. Gdy tylko o tym pomyślałam, aż ręce zaczęły mnie swędzieć, żeby wziąć od niego tego papierosa i porządnie się zaciągnąć.
- Chcesz? Mam limonkowe - uśmiechnął się unosząc lewą brew. - Ej, Caro! - krzyknął do niskiej rudowłosej dziewczyny. - Wyciągnij z tamtej szafki... nie, nie tej. Tej drugiej od dołu na lewo. No, tam. Wyciągnij limonkowe.
,,Caro" podała mi zieloną otworzoną już paczkę papierosów. Wyciągnęłam jednego, wsunęłam do ust i zapaliłam wciągając dym. Po niecałych dwóch minutach zgniotłam niedopałka i wrzuciłam do śmietnika.
- Fajnie, że jednak przyszłaś - uśmiechnął się blondyn. - Nie musisz się martwić. Zayn'a i Harry'ego nie ma. Wybrali inną imprezę. U jakiejś Perrie, w której oboje się kochają.
Parsknęłam śmiechem.
- No to jestem ciekawa, z którym wyląduje w łóżku. Biedna dziewczyna... tacy debile się w niej kochają - westchnęłam ze śmiechem.
- Z tym się zgodzę.
Spojrzałam na niego, zdziwiona.
- To wy się nie przyjaźnicie?
- Nie... Już nie tak bardzo jak kiedyś - skrzywił się. Wyciągnął papierosa limonkowego i powąchał go. Uśmiechnął się z przekąsem i odpalił.
- Aha... rozumiem - skłamałam. Bo co tu było do rozumienia? Z niewiadomego powodu zespół One Direction nagle zaczyna się sypać. - Zobaczymy się potem. Idę, bo muszę z kimś zamienić słowo - kolejne kłamstwo. Uśmiechnęłam się nieśmiało. - I nie pal tyle, głupku!
- No dobra, dobra! Do zobaczenia!
Uniosłam kąciki ust. Na uśmiech byłam zbyt zmęczona. Marzyłam o tym, by położyć się i spać głębokim, ciepłym snem.
Schodami ruszyłam na górę. Ponoć były tutaj dwie łazienki. Nacisnęłam na klamkę drzwi, które wyglądały jak takie od toalety. Bingo! Na szczęście była wolna. Zakluczyłam je i momentalnie podbiegłam do muszli. Podniosłam klapę i... zwymiotowałam. Gdy mdłości ustały wyprostowałam się, opuściłam klapę i spłukałam. Podeszłam do umywalki. Obmyłam i wypłukałam usta. Na koniec wsunęłam do ust miętówkę. Wychodząc z toalety niemalże zderzyłam się z Louis'em.
- O, cześć - wyszczerzył się. - Co chciał Niall?
- Nic - odparłam.
- A ty coś tak poleciała do tego kibelka?
- Rzygałam - powiedziałam z obrzydzeniem.
Louis roześmiał się.
- Oj, ty pijaku! - podszedł o krok bliżej. Odsunęłam się w tył. On coraz bliżej. Zetknęłam się ze ścianą. - Źle się czujesz?
- Trochę... Masz może jakieś leki?
- Owszem - uśmiechnął się łobuzersko.
Dotknął dłonią mojego policzka i przysunął twarz do mojej. Dzieliły nas milimetry. Czułam na ustach jego oddech.
Musnął wargami moje usta.
Zamknęłam oczy, uchylając wargi.
Lou odebrał to jako pogłębienie pocałunku i przysunął się jeszcze bliżej. Teraz naprawdę poczułam jego usta na moich.
Wplotłam palce w jego włosy i zupełnie odpłynęłam.
___
Ale ze mnie menda, nie?! Tak długo nie dodawałam rozdziału, że się pewnie obraziliście. Ale za to dałam słodkie zakończenie. No cóż, zapewne chcielibyście, żeby ona całowała się z kimś innym, no, ale... muszę robić tak, żeby nie było nudno! ;)
Jak tam w szkole? Ja ostatnio nie mam za bardzo czasu na komputer i to dlatego tak długo nie było rozdziału. Następny postaram się dodać prędzej.